Ostatnio nazwano mnie kierowczynią. A ja jestem kierowcą. Zawsze byłam. Mój tata, który był dla mnie i mojej siostry również trenerem wychowywał i szkolił nas do tego, żeby zwyciężać. Nigdy nie zastanawiałyśmy się nad tym, czy między nami i męską częścią stawki jest jakaś różnica. Motorsport to jeden z niewielu sportów, w których wciąż nie ma tego podziału. I myślę, że powinno tak pozostać.
Pierwszy raz fakt, że bycie kobietą w motorsporcie ma jakiekolwiek znaczenie, uświadomiłam sobie w 2006 roku, podczas roadshow F1. Miałam wtedy 15 lat i po raz pierwszy spotkałam się twarzą w twarz z dziennikarzami. Zadali mi wówczas pytanie: „jak to jest być kobietą w męskim świecie motoryzacji?”. A dla mnie było to po prostu środowisko, w którym się wychowałam. Po tych rozmowach zaczęły się pojawiać kolejne publikacje i wywiady. A za nimi poszły komentarze: że brzydka, że baba to do garów… Kompletnie tego nie rozumiałam, bo przecież byłam po prostu kierowcą!
Potem przyszedł sezon startów w F2. Na początku machali na mnie ręką – „przyjechała jakaś dziewczyna, nie ma czym się przejmować”. Ale gdy zaczęłam jeździć szybciej zdarzyło się, że zostałam wypchnięta z toru. W Portimao nawet dwukrotnie, ale miałam trochę szczęścia, bo gdy jechałam z końca stawki, pojawił się safety car. Zjechaliśmy się i potem zaczęłam wyprzedzać. Wyprzedziłam też tego zawodnika, który mnie wypchnął i zdobyłam swoje pierwsze punkty.
Na mecie tłumaczył się, że wszystko przez uszkodzone skrzydło. Nieopodal stał jego mechanik
i głośno się śmiał z tych tłumaczeń.
Kiedy mając 22 lata założyłam swój własny zespół kartingowy, też nie było łatwo. To był czas walki i szlifowania stali o stal w walce. Musiałam twardo stawiać na swoim i ścierać się z męskim światem, który nie respektował „smarkatej” managerki zespołu. Z perspektywy czasu mogę ich trochę zrozumieć, bo pojawia się młoda dziewczyna i rozstawia wszystkich po kątach.
Na szczęście miałam wówczas wokół siebie grupę rodziców moich zawodników, którzy wierzyli
w to co robię, ufali mi i wspierali.
Był to jednak czas walki o postawienie na swoim, który mnie zahartował.
Co ciekawe do dziś miewam problemy z wejściem do parku zamkniętego, bo jeśli obsługa mnie nie zna, uznaje od razu, że jestem mamą, albo opiekunką. Ochroniarz mnie zatrzymuje, podczas gdy obok mężczyźni przechodzą swobodnie. Pytam więc, dlaczego ten manager, czy właściciel zespołu wchodzi, a ja nie mogę? Odpowiedź na ogół brzmi „bo nie”. często tłumaczyć, walczyć,
a czasem dopiero czyjaś interwencja sprawia, że ochrona w końcu odpuszcza.
Kobiety w motorsporcie pracują jednak coraz mocniej na swoją pozycję, choć w wielu przypadkach same pogłębiają stereotypy, przywiązując dużą wagę do atrakcyjnego wyglądu. Uważam, że pozycji każdej z nas powinny bronić umiejętności i wyniki. Oczywiście media skupiają się mocno na wyglądzie i z punktu widzenia marketingowego, piękna dziewczyna za kierownicą to mówiąc wprost „atrakcyjniejsza marka” do zaangażowania w kampanie, czy reklamy. Rozumiem więc, że ładnie opakowany produkt sprzedaje się lepiej. Jednak gdy zawodniczki epatują urodą w padoku, tylko podbijają komentarze i odwracają uwagę od tego, że w istocie każda z nas jest kierowcą na takich samych prawach, jak pozostała część stawki. Same w ten sposób pozwalamy zapomnieć odbiorcom o naszej ciężkiej pracy, treningach, poświęceniu i umiejętnościach, bo na pierwszy plan wychodzi coś zupełnie innego. Coś co dostałyśmy niejako w „genetycznym spadku”, a nie wypracowałyśmy swoim zaangażowaniem i ambicją.
Cieszy fakt, że również FIA tworzy dla kobiet coraz więcej specjalnych programów, które pozwalają im rozwijać swoje umiejętności. Pytanie, czy przynoszą one oczekiwane efekty? Jakiś czas temu mieliśmy „W Series”, w której królowała Jamie Chadwick. Wygrywała tę serię przez trzy lata z rzędu, a potem przeniosła się do IndyCar i F1 na horyzoncie wciąż nie widać.
W miejsce „W Series” powstała F1 Academy. Jeżdżą w niej np. Amna i Hamda Al Qubaisi – córki jednego z emirackich szejków. Siostry mają doświadczenie, umiejętności i to co bardzo istotne – budżet. Mimo to, nie mogą jeszcze przebić szklanego sufitu. Czego więc brakuje żebyśmy zobaczyli wreszcie kobietę w Formule 1? Sama szukam wciąż odpowiedzi na to pytanie.
Jednym z powodów może być aspekt fizyczny. Ściganie się w F1 wymaga doskonałego przygotowania i siły. Jamie Chadwick była niewysoka, ale dość atletycznie zbudowana i doskonale wytrenowana. Więc powinna odnaleźć się w świecie F1. Dlatego myślę, że dużo lepszym rozwiązaniem, niż wszystkie programy, byłoby zainwestowanie środków, energii i czasu, by mówiąc wprost „stworzyć” zawodniczkę gotową na największe wyzwania. Wymagałoby to jednak ogromu poświęcenia i pytanie, czy któraś ze ścigających się obecnie kobiet byłaby na nie gotowa. Może właśnie siostry Al Qubaisi, w których przypadku nie brakuje ani umiejętności, ani wsparcia finansowego.
Jestem przekonana, że takie zaangażowanie mogłoby doprowadzić do momentu, w którym zobaczymy pierwszą kobietę za kierownicą bolidu F1. I podziałałoby znacznie lepiej, niż choćby narzucanie przez FIA na zespoły Formuły E obowiązku, by wśród zawodników mieli przynajmniej jedną kobietę. To jest sztuczne wyrównywanie szans. Bo choć kobiet jest w motorsporcie coraz więcej, to nie ma ich aż tylu na najwyższym poziomie.
W styczniu pojawiła się wiadomość, że w Formule 1, w zespole Haas, będzie pracować pierwsza pani inżynier – Laura Mueller. Żebyśmy mogli kibicować kobiecie za kierownicą – która niewątpliwie stałaby się bardzo szybko idolką dla dziewczyn na całym świecie – musi pojawić się wizja, środki finansowe oraz zdecydowania na poświęcenie zawodniczka. Bo nie wywalczymy sobie miejsca w tym wciąż męskim sporcie, podkreślając swoje przymioty i urodę. Na miejsce w bolidzie trzeba sobie zapracować bez względu na płeć. Zasłużyć na szacunek na torze i wykazać niezłamaną determinacją. Wciąż czekam na taką kobietę i wierzę, że w końcu się znajdzie.
Pierwsza kobieta w F1 to byłby absolutny game changer. Taka osoba stałaby się z pewnością idolką dla tysięcy nastolatek i młodszych dziewczynek. Śledziłyby jej poczynania, traktowałyby jako autorytet i uwierzyły, że spełnienie marzeń jest możliwe. Zupełnie jak w przypadku Roberta Kubicy, gdy zaczął się ścigać w F1, tysiące młodych Polaków uwierzyło, że może pójść jego drogą. Dzięki temu mamy teraz kilku młodych kierowców, którzy ścigają się na poziomie F4 i niższych serii F3. Świat wciąż stoi przed nimi otworem i mam nadzieję, że doczekam się któregoś dnia kolejnego Polaka w F2. A wcześniej lub później również pierwszej kobiety, która otworzy drzwi do F1 i udowodni, że nie ma rzeczy niemożliwych.